Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 231 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Raj doświadczalny

sobota, 31 lipca 2010 21:56

         Marka Polo zna każdy Chińczyk z Hangzhou. I każdy wie, że nazwał ich miasto „ najpiękniejszym i najbardziej eleganckim na świecie". Chińczycy kochają pochlebstwa, zwłaszcza pochodzące od słynnych cudzoziemców, toteż Wenecjanin cytowany jest tu częściej niż aktualni przywódcy KPCh. I jak to zwykle w Chinach bywa, cytowany wybiórczo. Zachwyty Marka Polo nad „miastem nieba"  powtarzane są przy każdej okazji, ale uwiecznione  w „Opisaniu świata „ tęskne wzdychania do miejscowych „przedskoczek tak doświadczonych i biegłych w sztukach wabienia i pieszczot", że „ci którzy raz tego zakosztowali już nigdy nie mogą ich zapomnieć" już nie. W Hangzhou, pomimo rewolucyjnej liberalizacji obyczajowości, o tym jeszcze się nie mówi.

         Ale w Chinach mówi się coraz więcej i to na tematy uważane do niedawna za tabu. Zwłaszcza w Hangzhou przy okazji kolejnego „ Life and Development International Forum" poświęconego różnicom w wschodnich i zachodnich stylów życia zorganizowanego przez Centrum Studiów Europejskich Uniwersytetu Zhejiang. Dyskusji o przenikaniu ich.

         - Czy wiecie, że ceny powierzchni biurowej ostatnio wzrosły tu aż dwukrotnie? Pani Tang He prezentuje gościom z Zachodu imponujące architektonicznym rozmachem centrum biznesowe Hangzhou. Musi wam być teraz ciężko, mruczę współczująco, zgodnie z polską mentalnością. Ależ to fantastyczne, oponuje pani Tang, przecież to najlepszy dowód naszego, wspaniałego rozwoju! Popatrzcie tylko na marki obecnych tu firm - sami najlepsi zachodni projektanci mody. Teraz to oni pracują dla nas.

         Informacje kto z wielkich światowych pracuje teraz dla „Państwa Środka" to ulubiony temat rozmów Chińczyków z cudzoziemcami. Chińczycy zapominają o „wieku wstydu", o upokorzeniach ostatniej dynastii Qing, japońskich i zachodnich okupantach. Ubiegłowiecznym statusie kraju półkolonialnego. O nieszczęsnym dla Chin XX wieku. Wieku chaosu i poszukiwań dróg modernizacji kraju. Chińczycy już wiedzą, że są drugą gospodarką świata, pierwszym światowym eksporterem i pierwszym wierzycielem USA. Przestają płaszczyć się przed cywilizacją Zachodu, nie wstydzą porównywać się z czołówką. Zwłaszcza w Hangzhou - czwartym w rankingu „ Bogactwo mieszkańców" mieście Chin (ranking nie uwzględnia Hongkongu). O czym nie zapomni poinformować każdy z oddelegowanych do opieki nad gośćmi. 

         Hangzhou nie zamierza się ścigać się jedynie w statystycznym poziomie bogactwa z pobliskim Szanghajem, stołecznym Pekinem, czy najliczniejszym Chongqiugiem. Tu ma być nie tylko bogato, ale przede wszystkim wykwintnie. Jak w Hangzhou Marka Polo. Taką deklarację składa Wang Guoping łączący funkcje sekretarza partii i prezydenta miasta. Zaraz po zapytaniu o polski PKB, przed zapytaniem o sytuację Romana Polańskiego.

         Kiedy w 1980 roku na południu Chin utworzono cztery specjalne strefy ekonomiczne: Shenzhen, Shantou, Zhuhai w prowincji Guangdong oraz Xiamen w prowincji Fujian idea tego eksperymentu nie była jeszcze jasna. Spekulowano, że Shantou będzie strefą wolnocłową, Shenzhen komunistycznym Hongkongiem, Xiamen konkurującym z Tajwanem centrum targowym, a Zhuhai, leżący w sąsiedztwie Macau, strefą przykładnej ideowo rozrywki. W rzeczywistości wszystkie te spec strefy stały się laboratorium reform wolnorynkowych na ograniczonym wtedy obszarze. Powstały w prowincjach tradycyjnie otwartych na świat, ale peryferyjnych i wystarczająco odległych od pekińskiego centrum biurokratycznej władzy. Były pierwszymi kanałami komunikowania się między modernizującymi i komercjalizującymi się Chinami, a gospodarką światową. Kiedy eksperyment udał się, całe Chiny stały się strefą wolnorynkową. Teraz w Hangzhou powstaje nowy rodzaj specjalnej strefy. Ideologicznej.

         - Chiny są jak super market - porównuje profesor Chen Lixu z Wydziału Nauk Społecznych i Kultury miejscowej Wyższej Szkoły Partyjnej. Profesor wyróżnia się z konferencyjnego tłumu modnych garniturów nonkonformistyczną czerwoną bejsbolówką i kurtką oraz stosowną uczonemu białą brodą. W Chinach znajdziecie wszystko, co tylko zechcecie. Nowoczesne wieżowce i slumsy. Tysiące milionerów i dziesiątki milionów wędrownych robotników wysypujących się codziennie z dworców każdego większego miasta. Globalne koncerny i nielegalne, choć zatrudniające tysiące górników, kopalnie węgla. Wszystkie religie świata. Dysydentów, tajne stowarzyszenia i agentów tropiący wszelkie ślady tajnych stowarzyszeń. Zakazaną prostytucję i jawne, tętniące panienkami bary karaoke o powierzchniach kilkukondygnacyjnego parkingu.  A w pobliskim Lu Shan willę Mao Zedonga i pani Song Meiling, żony Czang Kaj - Szeka. Jedna upamiętnia postać wyklętego do niedawna przywódcy Kuomintangu, druga twórcę ChRL. Wille są atrakcjami turystycznymi. Skomercjalizowanymi jak wizerunki obu chińskich przywódców. W Chinach znajdziemy  wszystko co „ naj". Najdłuższy most na świecie, najwyżej jeżdżąca kolej, najszybszą kolej, największe nadwyżki w handlu zagranicznym, największe rezerwy walutowe , najwyższy wzrost gospodarczy. Do pełni worka sukcesów brakuje Chinom jednego. Atrakcyjnego, konkurencyjnego w globalnej skali systemu politycznego. Ładu społecznego. Modelu idealnego rozwoju. Kraj najbardziej konkurencyjnej gospodarki w kategoriach system polityczny, styl życia ma do zaproponowania na światowym rynku  idei mało atrakcyjne i konkurencyjne produkty.

         A jeszcze w XVIII wieku Chiny były wzorem dla oświeceniowych, europejskich elit. Gottfried Wilhelm Leibniz uważał, że w etyce i polityce Chiny przewyższają uważających się za centrum cywilizacji Europejczyków. Uczcie się od Chin! -powtarzali za Wolterem francuscy reformatorzy. Dla ówczesnych elit Chiny były wyidealizowaną oświeceniową monarchią zarządzaną przez wybierany w konkursach korpus wykwalifikowanych urzędników. Nie było w Chinach dwóch znienawidzonych przez oświeceniowców instytucji: szlachty rodowej okupujące z racji swego pochodzenia państwowe urzędy i wszechobecnego Kościoła kat. Podkreślano już wtedy siłę, atrakcyjność chińskiej kultury. Mongołowie, Mandżurowie mogli podbić terytorium chińskie, ale szybko przyjmowali chiński styl życia wzbogacając go swymi wartościami. Chiny można było opanować, ale chińskości skolonizować się nie dawało. Podziw filozofów zgodny był z powszechnym zachwytem chińszczyzną. Posługujący się inspiracjami „Państwa Środka", obecny w architekturze i sztuce styl „chinoiserie" stał się od lat trzydziestych XVIII wieku szykowny i modny. Jak zauważa sinolog Konrad Seitz: „Zanim Europa w XIX i XX wieku zniszczyła chińską kulturę, Państwo Środka dało jej potężny impuls modernizacyjny".

         Jeszcze na początku XIX wieku Chiny były pierwszą gospodarką świata i centrum światowej produkcji. Czemu w ciągu pół wieku stały się krajem kolonizowanym i drugorzędnym? Czemu miejsce chińskiego uczonego w świadomości zachodniej zajął chiński kulis? Profesor Li Jin Shan  z Centrum Studiów Europejskich przypomina symboliczną ofertę otwarcia chińskiego rynku dla brytyjskich towarów złożoną przez  brytyjskiego posła Lorda George'a  McCartneya. Odrzuconą w 1793 roku przez dwór cesarza Qianlonga. Wtedy syte swą potęgą chińskie elity polityczne uznały, że nie potrzebują barbarzyńskich nowinek. Zdobyczy  zachodniej cywilizacji. Przespały rewolucję przemysłową.

         Chiny zastygły wtedy w rozwoju, w przeciwieństwie do sąsiedniej Japonii. Kraj traktowany protekcjonalnie przez Chińczyków, przez wieki uważana za echo chińskiej kultury, stał się w końcu XIX wieku wzorem dla marzących o modernizacji chińskich demokratów. I bywał nawet w czasie XX-wiecznej upokarzającej japońskiej okupacji części Chin. O czym można dziś już powiedzieć w pozbawionym kompleksów Hangzhou.

         Maoistowskie Chiny pierwszy międzynarodowy sukces odniosły na konferencji państw niezaangażowanych w Bandungu w 1955 roku. Stały po niej się autorytetem, wzorem dla nowych pokolonialnych państw. Eksportowały „maoizm". W krajach biednych i peryferyjnych był sztandarem walki z bogatymi, globalnymi „izmami". Dla zbuntowanej, zachodniej młodzieży straszakiem na syte, mieszczańskie społeczeństwo. Eksport maoizmu skończył się kiedy podstawą ideologii stało się wezwanie Deng Xiaopinga „ Bogaćcie się" , a China stały się żarliwym orędownikiem wolnego handlu. 

         Od tamtej pory książeczki z myślami przewodniczącego Mao zastąpiono, jak zauważyl sinolog i dyplomata Bogdan Góralczyk,  „czerwonymi książeczkami czekowymi". Chiny XXI wieku to czołowy światowy eksporter kredytów. Niewymagający od pożyczających zwykle nieortodoksyjnych demokratycznie rządów zwalniania więźniów politycznych, respektowania praw człowieka. Ani drastycznych, socjalnych oszczędności budżetowych jak to bywa przy pożyczkach udzielanych przez  Bank Światowy, czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Pożyczające Chiny chcą „ tylko" otwarcia miejscowego rynku na ich towary, długoletnich umów na import surowców albo koncesji na ich wydobywanie. Coraz częściej kupują w krajach afrykańskich wielkie farmy, co powoduje oskarżanie ich o „land- grabbing" - zagarnianie ziemii. Pomimo tradycyjnej dyskrecji, niechęci do wychodzenia przed pierwszy szereg, chińskość jest wszechobecna. W położonym pośrodku transsyberyjskiej linii kolejowej Krasnojarsku największe centrum handlowe to „Kitajskij rynok" .W Hawanie jedyną kompleksowo rewitalizowaną dzielnicą jest powstałe na początku XX wieku „China Town" znów zasiedlane przez skośnookich specjalistów. W Ghanie, niedawnym liderze ruchu panafrykańskiego, na każdym targu dominują wyroby „Made in China". Chińczycy zbudowali w Akrze nowoczesny gmach teatru narodowego, budują drogi. Uzyskali koncesje na połowy tuńczyka i wydobywanie ropy naftowej.

         - Każde społeczeństwo ma prawo do wyboru własnego systemu politycznego, stylu życia - deklaruje profesor Yang Jinhua, szef Instytutu Socjologii Akademii Nauk Społecznych prowincji Zhejiang. W Hangzhou społeczeństwo inspirowane przez miejscowe władze właśnie wybrało. Postawiło na „życie najwyższej jakości" - połączenie konsumpcji, kultury, moralności i racjonalności. Przyjemności i odpowiedzialności.

         W Europie eksponuje się prawa człowieka, ale nie wszystkim gwarantują one wysokiej jakości i zadowolenia z życia. Dogmat zachodniej cywilizacji zakładający, że bez demokracji parlamentarnej i respektowania praw człowieka niemożliwy jest trwały wzrost gospodarczy, postęp technologiczny, sprawne struktury państwa, Chin nie dotyczy. -uważa profesor Yang- Tworząc  w Hangzhou wzorowo rozwinięte społeczeństwo preferujemy „łatwość i jakość „ życia. Mierzonego dostępem wysokiej jakości mieszkań, powszechnej  komunikacji miejskiej, służby zdrowia, dóbr kultury i wypoczynku. Miło spędzanego czasu wolnego.

         Pojęcie „czas wolny" brzmi w Chinach abstrakcyjnie, wręcz humorystycznie. To przecież kraj bez wolnych od pracy sobót, niedziel. Jedyne wolne dni dla wszystkich to okres Nowego Roku. Ale Hangzhou różni się od wielu chińskich metropolii. Przypominających  amerykańskie molochy pełne wielopiętrowych biurowców i apartamentowców. Tu jest bardziej europejsko. Tu nie burzy się zabytkowych dzielnic. Odnawiane są na wzór europejskich „starówek". Butiki, herbaciarnie, knajpki, instytucje kultury. Trasy spacerowe. Miasto otacza leżące pośrodku jezioro zachowując, jak rzadko w Chinach, podstawowe standardy ekologii. Pomiędzy wyspami kursują statki wycieczkowe, łodzie. Na jeziorze urządzane są wielkie, bezpłatne widowiska reżyserowane przez mega gwiazdę Zhanga Yimou. Miasto inwestuje w metro, system ekologicznych autobusów. W bezpłatne rowery  dostępne na licznych parkingach. W wszystko co czynić ma życie łatwiejszym i przyjemniejszym.

         Bogactwo prowincji Zhejiang (102 tys. km2 powierzchni, 51 mln ludności) widać też poza stołecznym Hangzhou. Wsie to tysiące willi, często przypominających stylem nasze nowobogackie. Nowoczesna sieć dróg i autostrad, mijane po drodze wielkie hotele najlepszych światowych sieci. Powszechność baterii słonecznych na dachach prywatnych domów. I wielkie farmy produkujące jedwab, warzywa, ryby, krewetki, perły.  Wsie zupełnie inne od typowych , biednych wiosek tak  pospolitych w Chinach.

 - Zhejiang to taka chińska Bawaria - szuka porównania Ye Ming z-ca  sekretarza  komitetu miejskiego KPCh. Dostatek, porządek, tradycyjne wartości i nowoczesne technologie. Tu partia agituje bogatych wieśniaków do wzmożonej konsumpcji. Porzucania tradycyjnego oszczędzania na czarną godzinę. Celem partii jest stymulowanie konsumpcji mieszkańców, aby ograniczyć nadwyżki żywności i towarów przemysłowych na rynku wewnętrznym. - Demokracja to konsumpcja , a socjalizm to dostęp do dóbr konsumpcji - wykłada profesor Wu Xiaobo z  Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Zhejiang. Ale zastrzega, że konsumpcja powinna być połączona z odpowiedzialnością za rozwój socjalistycznej gospodarki rynkowej. Dlatego konsumpcja powinna być odpowiednio sterowana, aby jej skutki zgodne były z interesami społeczeństwa, wspierała rozwój kraju.

         - Socjalizm to możliwość samorealizacji człowieka, a samorealizacji najlepiej sprzyja działalność gospodarcza, możliwość robienia biznesów - uważa z kolei Lou Hansong, profesor Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Zhejiang. Biznes również powinien czuć się odpowiedzialny za rozwinięte społeczeństwo. Stąd etyka biznesu to ból głowy uczonych z laboratorium ideologicznego w Hangzhou. Pole do poszukiwań. Pewnie dlatego rozszerzeniu uległ kanon klasyków socjalistycznej gospodarki rynkowej. Studentom zalecony jest już Adama Smith. Warto też wykorzystać etykę protestancką , przekonywał profesor Kai Sung przybyły z Tajwanu, bo zakłada ona , że bogactwo daje człowiekowi zbawienie. I choć profesor Peter Koslowski z Niemieckiego Towarzystwa Filozoficznego, wyjaśniał że w tej religii droga do zbawienia nie jest tak prosta, to duch synkretyzmu, stara chińska zasada unikania sprzeczności dominowała nad niemieckim sceptycyzmem.

         Za to problem religii został już w tutejszym laboratorium ideologicznym rozwiązany. Na świecie jest jedna religia, uznano,  tylko różni ludzie różnie boga wyrażają. Religia to element ludzkiej cywilizacji. Pożyteczny nawet jeśli religia wspiera działalność gospodarczą, a wyznawcy są lojalni wobec państwa chińskiego. Dlatego ateistyczna władza nie zamierza religii administracyjnie zwalczać. Chyba, że któryś z kościołów okazuje się niezdolny do współdziałania z władzami państwa. W cesarskich Chinach prymat dynastii panującej nad kościołami był niekwestionowany. A jeśli uznać obecną KPCh za rodzaj nowej dynastii, jej funkcjonariuszy za nową warstwę mandarynów i urzędników, to można rzec, że po wieku chaosu, te relacje państwo- kościoły wracają w tradycyjne kulturowe koleiny. Wygodne dla władzy.

Chińczycy tradycyjnie najbardziej obawiają  się „bing Huang ma luan", czyli chaosu wojny , zawieruchy. Unikają sprzeczności, są mistrzami kompromisu i konwergencji. W nowotworzonej strefie ideologicznej Hangzhou zamiast nieprzewidywalnych, czyli wolnych wyborów władze proponują system stałych konsultacji społecznych. Dlatego władze już dziś muszą wyszukiwać i wspierać ludzi, którzy stworzą przyszłe bezpartyjne elity kraju. Zwłaszcza w środowiskach biznesu, naukowo- technicznych, bo rozwój świata zawsze bazował na elitach industrialnych, przekonuje profesor Wu Xiaobo z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Zhejiang.

 - Demokracja nie musi opierać się na chaosie, hazardzie wolnych wyborów , jak to jest w krajach Zachodu. Gdzie wybór rządu bardziej zależy od marketingu niż jakość programów i konkurujących kandydatów. Gdzie zmiana ekipy rządzącej prowadzi do zmian, chaosie w programach rozwoju kraju. Chiny postawiły na programy długoletniego rozwoju. Chińska demokracja polegać będzie na systemie konsultacji rządzącej partii ze stowarzyszeniami i organizacjami obywatelskimi -  agituje profesor Yang Fengin z Wydziału Administracji Politechniki Zhejiang. I dodaje, że wybory w Chinach to dodatek  do systemu porozumień społecznych. Zatem oczekiwania, że Chiny bogacąc się i rozwijając przyjmą zachodnie standardy demokracji i praw człowieka, to naiwne złudzenie ludzi Zachodu.

         W Azji Południowo -Wschodniej wzorem do naśladowania był system polityczno- gospodarczy Singapuru. Znakomicie gospodarujące społeczeństwo .Połączenie wolnego rynku i wolnych wyborów. Wolnych, lecz w praktyce gwarantujących wygraną rządzącej od lat Partii Akcji Ludowej i związanych z nią rodzin panujących. Hangzhou chce zdetronizować Singapur. Stworzyć wzorcowy model życia, rozwoju, system polityczny dla bogacących się krajów Azji. Nowy, przyszły produkt eksportowy.

   -Cesarskie Chiny zostały złupione w XIX wieku, bo przekonane o swej wyższości cywilizacyjnej nie chciały dostrzec rozwoju „barbarzyńców z Zachodu". Dziś zapatrzony w siebie Zachód postępuje niczym dwór cesarza Qianlonga - zauważa subtelnie profesor Zhaohui He, bo w Chinach gości krytykować nie wypada.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Moj romans z "arcybiskupem Pae"

niedziela, 18 lipca 2010 14:39

   Zaczął się niewinnie. We wrześniu 1996 roku berliński „ Der Tagesspiegel",  ten wsławiony później kartoflanką z braci Kaczyńskich, opublikował raporty znalezione w archiwum STASI, czyli spec służb byłej NRD. Wynikało z nich niezbicie , że ówczesne DeDeRony miały szczególnego agenta w Watykanie. Wysoko postawionego funkcjonariusza Kościoła katolickiego. Polaka z pochodzenia. Był tak sprawny, że szefostwo STASI aż piało z zachwytów. Zwłaszcza kiedy dostało raport z poufnej rozmowy kanclerza RFN Brandta z papieżem Pawłem VI zaraz po jej zakończeniu.

   Raporty trafiły też do tygodnika „ Nie", gdzie wówczas pracowałem. Nie zajmowałem się tam problematyką służb specjalnych, byli od tego zdolniejsi koledzy, ale traf chciał, że akurat wtedy zajmowali się ważniejszymi tematami. Na bezrybiu padło na mnie.

   I tak we wrześniu 1996 roku udałem się do Hamburga zaopatrzony w rekomendacje Mieczysława F. Rakowskiego oraz polskie produkty regionalne. Rekomendacje otworzyły mi drzwi do redakcji renomowanego tygodnika „ Die Zeit". Przyjęto mnie tam niezwykle ciepło i obiecano szybką weryfikację raportów dzięki posiadanym wpływom w Instytucie Gaucka. Produkty regionalne przekazałem przybywającemu na emigracji twórczej wybitnemu pisarzowi Januszowi Rudnickiemu. Utylizowaliśmy je w gronie polskich artystów- emigrantów intensywnie dumając na hamburskim bruku.

   Ten mile rozwijający się proces weryfikacji brutalnie przerwali mi koledzy z „Die Zeit".  Następne spotkanie było zimne. Ten temat to tabu, poinformowano. O pomocy w weryfikacji nie ma mowy.
Żegnaj gościnny Hamburgu. Żegnajcie przepyszne śledzie podawane tam na śniadanie w portowych knajpkach. Czas do Polski wracać.

   Ale wracałem nie tylko z uchem od niemieckiego śledzia. Pomogli bracia - Rodacy z Niemiec. Wskazali na Polaka, który pracował już za pontyfikatu papieża Pawła VI w Watykanie. Był on w latach 1967-1976 pracownikiem Sekretariatu Generalnego Synodu Biskupów w Rzymie u boku bp. Władysława Rubina, współpracownikiem Sekretariatu Stanu i Rady ds. Publicznych Kościoła. A w latach 1976-1982  prałatem antykamery papieskiej, na bezpośredniej służbie papieży: Pawła VI, Jana Pawła I, Jana Pawła II. Można rzec, że ówczesny biskup „Pae" pasował do tego profilu jak ulał.

   W efekcie moich peregrynacji i pomocy uzdolnionych kolegów ukazał się 3.10.1996 roku w „ Nie" artykuł „ Przewielebny kabel" sygnowany „ Red". Wzywający ówczesne kierownictwo polskiego Kościoła kat. do zdementowania powszechnych w Niemczech plotek, iż owym agentem STASI mógł być ówczesny polski biskup Juliusz Paetz.

   Rzecz jasna polski Kościół kat. przemilczał to wezwanie wymownie. Podobnie jak pytani wysocy funkcjonariusze wywiadu PRL i III RP. Niezwykle solidarnie.

  Odezwał się za to pewien znajomy redakcji. Były pracownik byłej SB. Wtedy właściciel firmy remontowo -budowlanej. W żartobliwej formie dobitnie zapytał czemu redakcja „ Nie" uwzięła się akurat na tak porządnego byłego ordynariusza Diecezji Łomżyńskiej?.
Przecież abepe Paetz nie grzmi na postkomunę jak inni kościelni radykałowie. Przeciwnie daje zlecenia przyzwoitym, nawet postkomuszym firmom.

  Zawstydziłem się wtedy. Rzeczywiście abepe Paetz szczególnie nie grzmiał, a my niezweryfikowanymi do końca podejrzeniami mogliśmy skrzywdzić człowieka.

   Zawstydzeni tematu ewentualnej agenturalnej działalności abepe Paetza dalej już w tygodniku „ Nie" nie drążyliśmy.

   Nawet kiedy już w następnym wieku krajowe media maistreamowe publikowały liczne informacje o wesołym życiu abepe Paetza. Zabawiającym się z młodymi klerykami. Smaczne opisy włoskich kolacyjek z efebami , obdarowanymi na koniec słodkimi majteczkami z napisem „ Roma".
Odczytywanym przez wspak, jak wiele we współczesnym polskim Kościele kat.

   Uznaliśmy w redakcji, że abepe Paetz to nie pierwszy ksiądz gej i pewnie nie ostatni. A temat kariery przez łóżko też stary jest i banalny.  A jeśli nawet to rzeczywiście  ten „ wielebny kabel", to pracował on dla jednych Niemców donosząc o innych Niemcach.  Dodatkowo tak ewentualnie zarobione pieniądze wydawał na polskich kleryków.
Tylko przyklasnąć. To pożądana obecnie prorynkowa postawa. Taki człowiek to patriota wzmacniający popyt wewnętrzny, dokładający się do wzrostu krajowego PKB.

  Jednak w efekcie skandalu obyczajowo-medialnego kierownictwo polskiego Kościoła kat. po wielkich wahania odsunęło abepe Paetza od głównego ołtarza. Na drugą linię.
Parę lat minęło i zdumione media znów ujrzały arcybiskupa Juliusza na przedzie. Na czele konduktu żałobnego podczas pogrzebu prezydenta Lecha Aleksandra Kaczyńskiego. W pierwszych rzędach innych prestiżowych kościelnych imprez.
Czy nie ma mocnego na „ niemoralnego" arcybiskupa ? - oburzały się wtedy krajowe media. Czemu ma on tak wielkie wpływy ?

   A mnie wówczas przypomniały się wszystkie hamburskie, nigdy niezdementowane plotki. I jeśli jest w nich choć cząsteczka prawdy, to trzeba uczciwie rzec, że ten niezwykle aktywny człowiek na swą wysoką i bezkarną pozycję ciężko sobie przez lata w licznych międzynarodowych instytucjach zapracował.

 

        


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Spoko, spoko

środa, 07 lipca 2010 15:35

   Przez dwa najbliższe miesiące PO będzie zajmować się sobą. I cała Polska też będzie się Platformą ekscytować. Kto z dziadkiem Bronkiem pójdzie do Dużego Pałacu, kto wypełni opuszczone stołki w Sejmie, koga zassie premier Tusk. Będziemy obserwować dmuchane przez media drugorzędne wydarzenia, dylematy nowej władzy. Czy nowy prezydent pozostanie w swym mieszkaniu, czy porzuci Pałac Namiestnikowski i wzorem Marszałka Piłsudskiego zamieszka w Belwederze.
Odpowiedzi są z góry znane. Po tygodniach dąsów wyląduje w Dużym Pałacu, bo w Belwederze można być dodatkiem do mebli, a nie aktywnym prezydentem RP. Przyjdą mrozy, grono „Solidarnych 2010" koczujących pod Dużym Pałacem stopnieje, a drażniący krzyż nocą przeniesie się do pałacowej kaplicy.

   PiS uderzy w rząd i prezydenta „ katastrofą  smoleńską". Codziennie aktyw PiS-u przypominać będzie, że sprawa jest nadal niewyjaśniona. Z winy Tuska, który przehandlował ujawnienie ruskiej winy za przyjaźń Kremla i kanclerz Merkel. Każde inne wyjaśnienie będzie przez „ Solidarnych 2010" podważane. W odwecie PO spuści Palikota ze smyczy. Ten przypomni fatalną organizację wylotu do Smoleńska oraz kabotynizm i rzekomy alkoholizm Lecha Aleksandra Kaczyńskiego. Kraj podzieli się na zwolenników „ krwi na rękach Tuska"  i  "krwi na rękach Lecha Kaczyńskiego". Tusk będzie w położeniu gorszym, bo nadal żyje.
   Sejm RP odbębni trzy posiedzenia i w drugim tygodniu sierpnia uda się na zasłużone wakacje. Wróci w połowie września.
W tym czasie sztabowcy PO przygotują przyśpieszone wybory  parlamentarne na przełom listopada i grudnia 2010. Razem z samorządowymi. Społeczeństwu wytłumaczy się, że tak będzie lepiej, bo taniej, a zaoszczędzone pieniądze pójdą np. pomoc dla powodzian.
Powodzianom nie wypada odmówić. Mamy rok wyborczy.

  Wybory parlamentarne i tak nie mogą się odbyć w konstytucyjnym terminie, bo wtedy wypada na nas prezydencja w Unii Europejskiej. Oczywiście można prezydencję olać, ale tak „ pro unijnej" partii jak PO tego nie wypada. Zatem trzeba będzie parlamentarne zrobić wcześniej. Na wiosnę 2011 lub jeszcze szybciej. Spece od marketingu wszystkie za i przeciw przygotują, a Tusk ze sztabem zadecydują.
   Poza tym, a raczej przede wszystkim przyszłoroczny deficyt budżetowy ma być ścięty do 40 miliardów, czyli będzie mniejszy od obecnego o jakieś 12 miliardów złotych. Rok zaciskania pasa na pewno wpłynie na spadek poparcia dla PO. Lepiej Platformie popłynąć na fali powyborczej popularności. Może wyborcy raz jeszcze przestraszą się wizji IV RP i jeszcze raz stadnie wybiorą „ mniejsze, bo sympatyczniejsze zło" ?

Jaki  z powyższego wniosek dla lewicy, dla SLD ?

  Nie angażujmy się w anachroniczny spór PiS -PO. Nie podniecajmy się najbliższą karuzelą stanowisk. Szkoda czasu i energii.

Nie jedziemy na polityczne wakacje. Doświadczenia z kampanii Napieralskiego pokazują, że lewica potrafi się zjednoczyć, zwłaszcza ta młodsza, jeśli mamy wyrazistą kampanię wyborczą. Wyrazisty lewicowy program.
 Pozostaje „ tylko „ dobór wyrazistych kandydatów na listy wyborcze. Gwarantujących póżniejszą lewicowość lewicy.    

   


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

niedziela, 19 listopada 2017

Licznik odwiedzin:  1 268 681  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

BIOGRAFIA PIOTRA GADZINOWSKIEGO

Piotr Gadzinowski urodził się w św. mieście Częstochowie w rodzinie piekarza, drobnego kapitalisty. Za chlebem wyjechał do Warszawy, tam zbolszewizował się i pozostał na emigracji zarobkowej. W życiu ...

więcej...

Piotr Gadzinowski urodził się w św. mieście Częstochowie w rodzinie piekarza, drobnego kapitalisty. Za chlebem wyjechał do Warszawy, tam zbolszewizował się i pozostał na emigracji zarobkowej. W życiu wykonywał wyjątkowo podłe zawody: posła, publicysty, pomocnika redaktora naczelnego i pomocnika piekarza. W Sejmie RP zwanym obecnie „sanktuarium demokracji” przechował się przez 3 kadencje. Bywał na posiedzeniach Komisji Kultury, Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn, Łączności z Polakami za granicą W Sejmie RP, Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy i Parlamencie Europejskim. Współtworzył ustawę o kinematografii. Oznaczono go orderem zasłużony kulturze „Gloria Artis”. Autorzył i współautorzył sześciu książkom publicystycznym i satyrycznym. Znający go dobrze uważają, że lepiej mówi niż wygląda i lepiej pisze niż mówi. Przeczytaj bloga, a będziesz zaskoczony.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 1268681

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości