Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 453 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

ROK ŚWINI

piątek, 29 grudnia 2006 15:31

            Nadchodzi Rok Świni. Trzeba o tym pamiętać, bo co trzeci człowiek na naszym świecie będzie go obchodził. Zacznie się w Azji w połowie lutego, ale do nas dotrze już w styczniu. Dopadnie nas jak ta globalizacja. Skoro Chińczycy, Wietnamczycy obchodzą Nowy Europejski Rok, ubierają choinki i przebierają się za świętych Mikołajów, to i do nas Rok Świni przybiegnie.

            Wedle mitologii azjatyckiej to może być dobry rok, bo świnia uchodzi tam za najbardziej przyjazny znak azjatyckiego zodiaku. I bardzo sympatyczne zwierzę. Symbolizuje pogodę ducha, bo ma zwykle uśmiechnięty ryj. Przyjaźń, towarzyskość, bo jest zwierzęciem stadnym. Ciągnie się za nią dostatek materialny, bo w wiecznie głodnej Azji pełny brzuch zawsze był symbolem szczęścia. A brzuch obrośnięty tkanką tłuszczową, symbolem dostatku. No i mądrości. Bo, mądry musi być dostatni. I wesoły. Znacie chyba figurki śmiejącego się, tłuściutkiego Buddy?

            Zatem rok 2007 uważany jest w azjatyckiej mitologii za pomyślny dla wszelkich interesów, dobry dla zwierania długoterminowych kontraktów, rozpoczynania wieloletnich inwestycji. A także dla konsumowania zgromadzonego wcześniej dostatku, bo tamtejsza świnia jest symbolem szalonych balang  w gronie przyjaciół.

            W ogóle w Azji świnia nie jest tak kłamliwie postrzegana jak u nas, w Europie.

            W Polsce, kraju katolickiego zakłamania, każdy chciałby sobie poświntuszyć, a nawet poświnić. Ale boi się, bo świnia jak seks jest czymś przyjemnym i brudnym. Obiektem pożądania, marzeń sennych, a na jawie moralnego potępienia. Podobnie z przyjemnością jedzenia, obżarstwa, które świnia też u nas symbolizuje. Jedzenie jest przyjemne, ale sadło poobżarstwowe już brzydkie. W Europie pożądane jest jednocześnie obżarstwo, wysoka konsumpcja i smukła, sportowa sylwetka. W Azji rozumieją, że coś za coś.

            Świnia uchodzi za bardzo inteligentne zwierzę. W Polsce też. Ale nie jest wzorcem osobowym, bo jej inteligencja łączy się z brudem. Moralnym i gnojem, w którym zwykle świnie żyją. W Polsce w pale nie mieści się, że można być wyrafinowanie inteligentnym i pobrudzić się. W Polsce ideałem jest Anioł. bezpłciowy, bezwyrazowy, obły, ale czysty jak lilija.

            A przecież europejska świnia nie jest brudna z wyboru, tylko z musu. To człowiek, pragnąc wyhodować jak najbardziej tłustą świnię zmusił ją do życia w chlewie. Między korytem a gównem. Zresztą nie tylko świnie żyją w Polsce w chlewie. W moim zakładzie pracy na ulicy Wiejskiej w Warszawie bywa podobnie.

            Rok Świni w Polsce będzie nie tylko rokiem balang, czy dostatku. Także podkładania świń. Niszczenia konkurencji politycznej, biznesowej, towarzyskiej. W Azji zaproszenie na „pieczoną świnkę”, czy określenie „zjedliśmy pieczoną świnię” to język erotyki. To mówienie właśnie o tym.

            Nadchodzi Rok Świni. Rok kontraktów, niszczenia przeciwników, wesołych balang. Podkładania świń i zjadania pieczonej świniny.

            A ja lubię świnki też z innego powodu. Są tak ślicznie zakręcone od dupki strony.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

POCAŁUNEK ŚMIERCI DLA MARCINKIEWICZA

sobota, 23 grudnia 2006 15:48

            Premier Kaczyński zacałował expremiera Marcinkiewicza na śmierć. Najpierw połechtał jego mołojecką dumę. Skoroś Kaziu taki popularny, taki pewny siebie, ruszaj na Warszawę! Marcinkiewicz zagrał ryzykownie, bo wchodząc do rozgrywki zrezygnował z kamizelki ratunkowej, czyli mandatu poselskiego. W stolicy przegrał z Hanną Gronkiewicz-Waltz nie dlatego, że był znacznie gorszy. Zdołował go garb partyjny, garb PiS-u. Ludzie centrum, lewicy woleli zagłosować na kandydatkę PO niż legitymizować dalsze rządy PiSuarów.

            Aby zademonstrować lojalność, wierność wobec podwładnych prezes-premier Kaczyński szybko publicznie obiecał atrakcyjną rządową posadę dla nadal popularnego w społeczeństwie Marcinkiewicza. Po czym upokorzył go proponując mu rządowy ochłap. Dał mu typową propozycję wyłącznie do odrzucenia. Zwłaszcza, że Atrakcyjny Kazimierz umożliwił mu taki ruch, publikując dwa dni wcześniej wywiady w prasie, gdzie kreował się na przyszłego wicepremiera.

            Ale to nie był koniec politycznego mordu na Marcinkiewiczu. Skoro nie posada rządowa, to atrakcyjna posada prezesa banku. Któż nie chciałby być takim prezesem? Ale ta propozycja to właśnie pocałunek śmierci dla Marcinkiewicza. Były premier nadal jest politykiem niesłychanie popularnym. Człowiekiem na pewno uzdolnionym. Ale bez kwalifikacji i doświadczeń pracy w sektorze bankowym. Aby został prezesem musi zostać złamane prawo. Wymagające od prezesa wykształcenia ekonomicznego i stażu pracy w bankowości. Oczywiście „Prawo i Sprawiedliwość” może złamać prawo, nieraz to już ta partia czyniła. Można też obejść prawo, powołując Marcinkiewicza na „pełniącego obowiązki” prezesa. Tak czy siak Marcinkiewicz będzie musiał przejść przez piekło upokarzającej go procedury. Zostanie wtedy wystawiony na publiczne oceny, na drwiny i wyrazy litości. I tego pewnie chciał prezes-premier Kaczyński.

            Jeśli Marcinkiewicz zostanie prezesem banku to czeka go teraz marchewka. Przyzwoita pensja, większa niż premiera, a zwłaszcza posła. Powiększona niebawem, bo PiS zamierza znieść „ustawę kominową” ograniczającą zarobki w spółkach skarbu państwa. Ale za te wysokie zarobki, kochający jeszcze Marcinkiewicza lud, szybko go znienawidzi. I to będzie koniec popularnego polityka, który zaczynał zagrażać pozycji braci Kaczyńskich.

            Bracia Kaczyńscy wycinają każdego polityka ze swego grona, który wyrasta ponad nich. A ponieważ nie jest to tak trudno uczynić, to muszą oni być politycznymi ludożercami. Następnym po Marcinkiewiczu będzie Lepper. W przyszłym tygodniu zaroi się w prasie, na przykład w „Newsweek’u” od artykułów opisujących gang dowożący Lepperowi panienki do sejmowego hotelu. Sprawa ponoć znana policji od lat, ale dopiero teraz, po uchwaleniu budżetu przez koalicję, ujawniona. Lepper jest nieprzewidywalnym, pragnącym samodzielności politykiem. Bez niego PiS wchłonie posłów „Samoobrony” albo uczyni z nich wasalny klub parlamentarny. Tak jak to stało się z poprzednimi wychodźcami z „Samoobrony”. Przypomnijmy, że ich ówczesny lider poseł Jan Bestry rychło został skompromitowany, a teraz dowodzi nimi niesamodzielny Krzysztof Szyga.

            Pozostaje jeszcze Roman Giertych, ale też został już odpowiednio przetrzepany za faszyzowanie swego politycznego zaplecza.

            Oczywiście Kazimierz Marcinkiewicz może oprzeć się pokusie dostatniego życia w banku i zostać antyKaczyńskim opozycjonistą. Wtedy ma miłość ludu i popularność jak w banku. Tylko pensję już nie taką.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

„Jaruzelski bez armii”

piątek, 15 grudnia 2006 14:56

            Nie było debaty. Były akademie na cześć i wezwania do zemsty na generale Jaruzelskim. I zemsty na społeczeństwie, które nadal w większości uważa, że decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego była słuszna, a generała nie wolno degradować.

            Nie było debaty o powodach i skutkach wprowadzenia stanu wojennego, bo obecnej władzy nie chodziło o prawdę historyczną. Jedynie o narzucenie młodym ludziom, niepamiętającym tamtych wydarzeń swojej, propagandowej wizji historii. Skróconej do wojny patriotycznego, zsolidaryzowanego społeczeństwa Narodu z żołdakami na służbie Moskwy. Wizji tak ciasnej, tak kaczyńskiej, że nie zmieścili się w niej prawdziwi bohaterowie stanu wojennego. Józef Pinior, Władysław Frasyniuk, Lech Wałęsa nawet. Bo są obecnie w przeciwnym obozie politycznym.

            A przecież każdy rozsądnie, politycznie patrzący przyzna, że generał Jaruzelski miał rację. Zamroził wulkan rozognionych społecznych nastrojów. Warto pamiętać, że „Solidarność”, ta pierwsza z sierpania 1980 roku powstała pod hasłami „Wszyscy mamy równe żołądki” oraz „Socjalizmu z ludzką twarzą”. Walczono o wyższe pensje, lepszy byt socjalny i wolność. Prawo do mszy św. w radio, do swobodnej debaty. Aby nie było jednego, jedynie słusznego partyjnego poglądu. Historia zatoczyła koło i w 25 lat stanie wojennym kaczyści znów narzucili w mediach jedną, jedynie słuszną wizję. Na odsłoniętej przez prezydenta Kaczyńskiego tablicy we Wrocławiu podpisali się oni jako „Solidarna Polska”. Kiedyś hasło „Solidarności Walczącej”, teraz hasło wyborcze PiSuaru. A przecież „Solidarność Walcząca” była wtedy jedynie skrajnym, marginesowym, radykalnie krzykliwym skrzydłem tego społecznego ruchu.

            Generał Jaruzelski zamroził stanem wojennym społeczny konflikt, ale wojnę przegrał. Nie dlatego, że „Solidarność była taka silna. Jej strajki w latach 1987-88 były słabe i same wygasły. O czym teraz panowie władcy nie chcą pamiętać. Jaruzelski przegrał, bo był generałem bez armii. Wojsko potrafiło wprowadzić stan wojenny, ale komisarze wojskowi nie byli w stanie wprowadzić niezbędnych reform gospodarczych i społecznych. PZPR nie była partią polityczną reprezentującą jakąkolwiek społeczną siłę. Była związkiem zawodowym pracowników administracji, wojska i milicji. Pomimo chęci i apeli Jaruzelskiego jego zaplecze polityczne nie miało pomysłu, jak rzeczywistość zmienić. Nie było nawet woli, by cząstkowe, poprawiające fatalny stan gospodarki pomysły wprowadzić w życie. Toteż świadom nędzy swego frontowego zaplecza i bezsensowności dalszego dryfu, generał wybrał wariant paktowania, pokojowego zakończenia wojny.

            Stan wojenny dla wielu działaczy „Solidarności” był upragnioną ucieczką od wolności. Czytałem, słyszałem, wiele szczerych ich wypowiedzi. Przyznawali, że w końcówce 1981 roku dochodziło do szaleństw. Do „Solidarności” przyczepiły się zastępy radykałów, czasem świrów politycznych, agentów też, którzy podgrzewali społeczne nastroje. Walka o lepszy byt, demokrację kierowana była na tor konfrontacji z ZSRR. By potargać „Niedźwiedzia za wąsy”. Dziś, kiedy ZSRR już upadł, mało kto chce pamiętać, że w roku 1981 imperium Breżniewa trzymało się nieźle i było partnerem dla USA. Oczywiście wybuch w boku radzieckim wzbudziłby zachwyty i wyraz solidarności w bloku zachodnim. To romantyczni Polacy ginęliby za wolność i braterstwo, a nie pragmatyczni Francuzi, Niemcy czy Amerykanie. Bohaterski naród polski na pewno byłby potem nagrodzony wypasionymi paczkami żywnościowymi. To niebezpieczeństwo widziało wielu ówczesnych działaczy „S”, ale wówczas być racjonalnym w „Solidarności” to była wielka zbrodnia przeciwko obowiązującej wtedy poprawności politycznej. Toteż, jak wspominają niektórzy, kiedy stan wojenny wybuchł, odetchnęli z ulgą. Ktoś podjął za nich decyzję. Wsadzając do więzienia – uwolnił od odpowiedzialności.

            Stan wojenny przyniósł ofiary. To oni zapłacili za przyszły dobrobyt społeczeństwa, zwłaszcza jego elit. Na szczęście ofiar nie było aż tak wiele, by konfliktowe strony nie mogły porozumieć się przy „Okrągłym Stole”. Potem nastała już nowa III RP. Nowy, słuszny ustrój kapitalistyczny. Działacze opozycji zostali nagrodzeni orderami i posadami, a robotnicy? Robotników z 1981 roku generał Jaruzelski zamroził stanem wojennym, a w 1990 nowa właza zamroziła „niewidzialną ręką wolnego rynku”.

            I bohaterscy stoczniowcy gdańscy poszli na bezrobocie. Ale to już inna historia, też warta obgadania. Jej symbolem jest właśnie odsłonięta 13 grudnia 2006 roku przez prezydenta Kaczyńskiego tablica ku czci tej „Solidarnej Polski”. Na ścianie zakładów Dolmel. A ściślej byłych zakładów przemysłowych „Dolmel”.    
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

sobota, 27 maja 2017

Licznik odwiedzin:  1 254 184  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

BIOGRAFIA PIOTRA GADZINOWSKIEGO

Piotr Gadzinowski urodził się w św. mieście Częstochowie w rodzinie piekarza, drobnego kapitalisty. Za chlebem wyjechał do Warszawy, tam zbolszewizował się i pozostał na emigracji zarobkowej. W życiu ...

więcej...

Piotr Gadzinowski urodził się w św. mieście Częstochowie w rodzinie piekarza, drobnego kapitalisty. Za chlebem wyjechał do Warszawy, tam zbolszewizował się i pozostał na emigracji zarobkowej. W życiu wykonywał wyjątkowo podłe zawody: posła, publicysty, pomocnika redaktora naczelnego i pomocnika piekarza. W Sejmie RP zwanym obecnie „sanktuarium demokracji” przechował się przez 3 kadencje. Bywał na posiedzeniach Komisji Kultury, Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn, Łączności z Polakami za granicą W Sejmie RP, Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy i Parlamencie Europejskim. Współtworzył ustawę o kinematografii. Oznaczono go orderem zasłużony kulturze „Gloria Artis”. Autorzył i współautorzył sześciu książkom publicystycznym i satyrycznym. Znający go dobrze uważają, że lepiej mówi niż wygląda i lepiej pisze niż mówi. Przeczytaj bloga, a będziesz zaskoczony.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Ulubione strony

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 1254184

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl